Pracownicy liczą karty do głosowania w okręgu Maricopa w Phoenix w Arizonie 5 listopada 2020 roku ( AFP / Olivier Touron)

Amerykański film dokumentalny przywołuje nieudowodnione twierdzenia o fałszowaniu wyborów w USA

Copyright © AFP 2017-2022. Wszystkie prawa zastrzeżone.

Według Donalda Trumpa, byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, film dokumentalny "2000 mułów" dowodzi, że ostatnie wybory w USA zostały sfałszowane. Jednak eksperci odpierają te zarzuty, argumentując że przytoczone w filmie argumenty to poszlaki, i podkreślają, że film nie potwierdza, by podczas wyborów doszło do niewłaściwych działań. Wnioski dotyczące fałszowania wyborów zostały oddalone przez sędziów. Co więcej wiele dowodów wskazuje na to, że głosowanie w ostatnich wyborach było jednym z najlepiej zabezpieczonych głosowań w historii Stanów Zjednoczonych.

Zatytułowany „2000 mułów” film dokumentalny został wyprodukowany przez konserwatywnego reżysera Dinesha D'Souzę. Według niektórych użytkowników Facebooka, dokument dowodzi, że Donald Trump przegrał wybory prezydenckie w 2020 r. z powodu manipulacji.

Trwający ponad 1,5 godziny film opowiada o tysiącach głosów rzekomo zagubionych w niektórych stanach Ameryki, m.in. w Arizonie, Georgii, Michigan, Pensylwanii i Wisconsin, wskutek czego miało dojść do zafałszowania wyników wyborów. Tak zwane "muły" oznaczają w potocznej angielszczyźnie przewoźników trudniących się działalnością przestępczą, którzy rzekomo rozdawali nielegalne karty do głosowania. Potwierdzeniem miały być nagrania z monitoringu i dane geolokalizacyjne z telefonów komórkowych zebrane przez grupę „True the Vote”, konserwatywną organizację monitorującą głosowanie, która wcześniej promowała dezinformację na temat wyborów w USA.

Setki użytkowników udostępniało te opinie oraz film w mediach społecznościowych, m.in. na Facebooku i kanale Bitchute.

Zrzut ekranu z Facebooka wykonany 24 maja 2022 roku

Podobne posty były także udostępniane w języku angielskim, francuskim, niemieckim i serbskim.

Były prezydent Stanów Zjednoczonych odniósł się do filmu w oświadczeniu z 3 maja 2022 r., w którym stwierdził, że dokument dowodzi, „że doszło do oszustwa wyborczego na masową skalę podczas wyborów prezydenckich w 2020 roku”. On sam zorganizował przyjęcie dla widzów filmu 4 maja na Florydzie. W wydarzeniu wzięła udział m.in. Marjorie Taylor, republikańska kongresmenka oraz Rudy Giuliani, były prawnik Trumpa i burmistrz Nowego Jorku.

Platforma Rumble poinformowała 9 maja w oświadczeniu, że w ciągu pierwszych 12 godzin od opublikowania wideo, film zarobił ponad 1 mln dolarów. Z kolei, Dinesh D'Souza napisał 13 maja na Twitterze, że jego film zarobił ponad 10 mln dolarów, co czyni go „najbardziej dochodowym dokumentem o tematyce politycznej od 2012 roku”.

„Sfałszowali wybory prezydenckie w 2020 roku” – mówi w filmie D’Souza. W 2014 r. filmowiec przyznał się do oszustwa finansowego w związku z kampanią wyborczą, ale Trump później go ułaskawił.

Fałszerstwo wyborcze to jedna z teorii wspieranych przez zwolenników Trumpa w mediach społecznościowych po jego przegranej w wyborach prezydenckich dwa lata temu. W ciągu 18 miesięcy po wyborach z listopada 2020 r. wykryto jedynie pojedyncze przypadki podejrzeń o oszustwo, do tej pory żaden sąd nie poparł twierdzenia, że mogły one wpłynąć w istotny sposób na wynik wyborów.

– Przedstawione w filmie dowody są jedynie poszlakami, a twórcy filmu wyciągnęli oburzające wnioski bez wystarczającego uzasadnienia – mówi Barry Burden, dyrektor Centrum Badań nad wyborami Uniwersytetu Wisconsin-Madison.

Agencja AFP poprosiła o komentarz w sprawie filmu D’Souzę, grupę „True the Vote” oraz biuro Trumpa, lecz do czasu publikacji tego artykułu nasze prośby pozostały bez odpowiedzi.

Rzekome dane o lokalizacji z telefonu komórkowego nie dowodzą oszustwa

W dokumencie grupy „True the Vote” przewodnicząca Catherine Engelbrecht i Gregg Phillips, którzy wcześniej rozpowszechniali nieprawdziwe opinie związane z fałszowaniem wyborów, twierdzą, że uzyskali dane geolokalizacyjne potwierdzające zarzut o nielegalnym zbieraniu kart do głosowania (ang. ballot harvesting, przyp. red) w 2020 r.

Gdy użytkownicy telefonów komórkowych zezwalają różnym aplikacjom na udostępnianie lokalizacji, niektóre z tych aplikacji udostępniają lub sprzedają anonimowe dane o lokalizacji innym firmom. Grupa „True the Vote” rzekomo zakupiła takie dane w kilku stanach przed i po wyborach prezydenckich w USA.

Sami dostawcy sieci, tacy jak AT&T, również sprzedawali w przeszłości zanonimizowane dane o lokalizacji klientów, co czasami prowadziło do naruszeń przepisów federalnych. Eksperci potwierdzili agencji AFP, że nie jest jasne, w jakim stopniu taka sprzedaż nadal ma miejsce, ale rynek danych geolokalizacyjnych użytkowników smarfonów jest nadal legalny.

– Firmy nie sprzedają tych danych osobom prywatnym. Zwykle są sprzedawane stronom trzecim, które je gromadzą – mówi prof. Jason Hong z Instytutu Interakcji Człowiek-Komputer Uniwersytetu Carnegie Mellon.

Pracownik lokalu wyborczego pomaga wyborcy w dniu wyborów 3 listopada 2020 r. w szkole podstawowej w Las Vegas ( AFP / Ronda Churchill)

Występujący w filmie Engelbrecht i Phillips mówią, że według ich danych ponad 2 tys. osób odwiedziło urny wyborcze i organizacje non-profit w Atlancie i Filadelfii. „Mułem” została przez nich nazwana osoba posiadająca telefon komórkowy, która zbliżyła się do urny wyborczej więcej niż 10 razy, a do organizacji non-profit więcej niż pięć razy w okresie od 1 października 2020 r. do dnia wyborów.

Opierając się częściowo na wywiadzie z niezidentyfikowaną informatorką z Arizony, Engelbrecht i Phillips twierdzą, że organizacje non-profit płaciły tym osobom – „mułom” za zbieranie i dostarczanie fałszywych kart do głosowania do urn wyborczych. Jednak rzekoma informatorka, określona w filmie jako recepcjonistka, nie mówi ani kto jej zapłacił, ani ile zarobiła. Natomiast zapytani przez AFP eksperci powiedzieli, że twierdzenia zawarte w filmie są nie do udowodnienia.

– Dane z telefonów komórkowych są niewystarczające, aby ustalić cokolwiek innego niż to, że dana osoba znajdowała się w promieniu 100 stóp od określonego miejsca – mówi prof. Charles Stewart, ekspert nauk politycznych w Massachusetts Institute of Technology. – Nie da się dokładnie określić, gdzie ta osoba była i, co ważne, co wtedy robiła – dodaje.

Na przykład osoba, która rzekomo była w pobliżu kilku urn wyborczych, mogła być doręczycielem, taksówkarzem lub pracującym w okolicy listonoszem. Według Burdena, osoby pracujące przy wyborach również miały uzasadnione powody, by odwiedzać miejsca, w których znajdowały się urny do głosowania, które tak czy inaczej posiadają system zabezpieczeń. Co więcej, urny te są celowo umieszczane w miejscach o dużym natężeniu ruchu, takich jak biblioteki czy kampusy uniwersyteckie, a to oznacza, że każdy może mieć z nimi kontakt.

„Wiele stacji bazowych nie korzysta z GPS” – mówi Hong. – Więc jeśli próbujesz dokonać dokładnych ocen zachowania, to możesz uzyskać wiele fałszywych obrazów – dodaje Hong.

We wrześniu 2021 r. Biuro Śledcze w stanie Georgia stwierdziło w oświadczeniu, że dane geolokalizacyjne z telefonów komórkowych dostarczone przez organizację „True the Vote” nie są dowodem na nielegalne zbieranie kart wyborczych w tym stanie.

„Dane te, choć ciekawe, nie dają podstaw do stwierdzenia popełnienia przestępstwa” – napisał w liście Vic Reynolds, dyrektor Biura Śledczego w Georgii.

W koszulkach z napisem „Głosuj” Ginny Osborne (po lewej) i Judy Nader (po prawej) stoją obok oficjalnej urny wyborczej hrabstwa Orange, przygotowując się do oddania swojego głosu w Santa Ana w Kalifornii 13 października 2020 roku ( AFP / Frederic J. Brown)

Zbieranie kart do głosowania jest legalne w wielu stanach USA

Oprócz danych geolokalizacyjnych z telefonów komórkowych, film „2000 Mułów” zawiera nagrania z monitoringu urn wyborczych w stanach, w których toczy się walka o głosy. Engelbrecht mówi w filmie, że organizacja „True the Vote” uzyskała ten materiał dzięki prośbie o dostęp do informacji publicznej.

Kiepskiej jakości nagrania wydają się pokazywać ludzi, czasami o późnych godzinach wieczornych, którzy wkładają do urn więcej kart do głosowania. Jednak żaden z filmów nie pokazuje osób, które oddają karty wyborcze więcej niż jeden raz. Nie dowodzą także, by wyborcy uczestniczyli w nielegalnym przedsięwzięciu zbierania kart z głosami.

Oddawanie kart wyborczych w imieniu innej osoby nazywane jest w Stanach Zjednoczonych określeniem „ballot collection” lub bardziej pejoratywnie „ballot harvesting”. Jak wynika z przepisów National Conference of State Legislatures pozwolenie na oddawanie kart wyborczych w imieniu innej osoby funkcjonuje w 30 stanach m.in. w Arizonie, Georgii i Michigan.

Wiele z tych stanów zezwala na to tylko członkom rodziny, gospodarstwa domowego lub opiekunowi, albo określa limit liczby kart do głosowania, które można złożyć jednocześnie. Inne stany nie maja jednak tak dokładnych ograniczeń.

Amerykanie głosują w taki sposób (oddając głosy listownie) od czasów wojny secesyjnej, kiedy to żołnierze wysyłali swoje karty wyborcze z pola bitwy.

W latach osiemdziesiątych Kalifornia stała się pierwszym stanem, w którym wyborcy mogli prosić o karty do głosowania pod ich nieobecność - z dowolnego powodu. Pandemia Covid-19 zwiększyła popularność takiego sposobu głosowania, choć i tak wiele stanów korzysta z urn wyborczych i zezwala na zbieranie kart do głosowania. Jak pokazują statystyki, około jeden na sześciu wyborców w całym kraju skorzystał z takiego głosowania w wyborach w 2016 r.

Wyborcy przybywają do Wedell School w Charlotte w Północnej Karolinie 3 listopada 2020 roku ( AFP / Grant Baldwin)

– Nawet jeśli mają nagranie, na którym widać ludzi oddających więcej kart do głosowania, to i tak we wszystkich stanach są wyjątki, jeśli chodzi o przepisy dotyczące oddawania głosów – mówi Stewart z MIT. – Bez dowodów przeciwnych, samo wideo niczemu nie dowodzi – dodaje.

Według raportu Atlanta Journal-Constitution osoby pracujące przy wyborach w Georgii przejrzały kilka filmów zawartych w dokumencie „2000 mułów”. Brad Raffensperger, sekretarz stanu, powiedział podczas niedawnej debaty, że jeden z tych filmów pokazuje mężczyznę, który oddaje pięć kart do głosowania – swoją i członków rodziny.

Amerykańska Agencja Bezpieczeństwa Cybernetycznego i Infrastruktury stwierdziła w listopadzie 2020 r., że głosowanie w wyborach prezydenckich było „najbezpieczniejsze w historii USA”. Od tego czasu wzrosła liczba dowodów na to, że nie doszło do fałszowania wyborów.

Dziesiątki pozwów ze strony Trumpa i jego zwolenników, mających na celu obalenie wyników wyborów, zakończyło się fiaskiem. Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych odrzucił kilka wniosków kwestionujących wyniki wyborów w kluczowych stanach. Liczne kontrole i ponowne liczenie głosów m.in. w Arizonie, Georgii, Michigan, Pensylwanii i Wisconsin, potwierdziły zwycięstwo prezydenta Joe Bidena. Urzędnicy z obu partii, w tym William Barr, nominowany przez samego Trumpa na prokuratora generalnego, wielokrotnie zaprzeczali oskarżeniom o fałszowanie wyborów.

- Ich zdaniem w przedsięwzięciu wzięło udział 2 tys. „mułów” – mówi Douglas Jones, emerytowany profesor nadzwyczajny na Wydziale Informatyki Uniwersytetu Iowa. – Małe konspiracje zwykle udaje się utrzymać w tajemnicy, a przy tak dużej liczbie uczestników niezwykle trudno byłoby zwerbować tylu ludzi bez nagrywania przez niektórych z nich każdej rozmowy i ujawnienia kryminalnych szczegółów tego planu – dodaje.

Twierdzenia o fałszowaniu wyborów w USA zostały sprawdzone przez agencję AFP w języku angielskim, serbskim i niemieckim. Nasze artykuły dotyczące wyborów prezydenckich USA w 2020 r. można przeczytać tutaj i tutaj.

Tłumaczenie:
WYBORY W USA 2020 Donald Trump